Dziewięć skrajnie wychudzonych psów, fetor nie do zniesienia i dramat rozgrywający się za zamkniętymi drzwiami mieszkania w centrum Wrocławia. To nie scenariusz filmu, ale prawdziwa interwencja policji, która ujawniła jeden z najbardziej wstrząsających przypadków znęcania się nad zwierzętami w ostatnich miesiącach. To, co zaczęło się od zgłoszenia o fetorze na klatce schodowej i nieustannym, rozpaczliwym szczekaniu, zakończyło się dramatyczną interwencją, która odsłoniła prawdziwy horror rozgrywający się za zamkniętymi drzwiami jednego z mieszkań.
Na klatce schodowej unosił się duszący odór. Mieszkańcy nie mieli wątpliwości – coś było bardzo nie tak. Do tego dochodziło szczekanie: nie radosne, nie ostrzegawcze, lecz pełne strachu, bólu i desperacji. Na miejsce skierowano policjantów Oddziału Prewencji Policji we Wrocławiu.
Drzwi mieszkania pozostawały zamknięte. Nikt nie reagował. W obliczu realnego zagrożenia życia – zarówno ludzi, jak i zwierząt – funkcjonariusze podjęli decyzję o wejściu do środka.
Po otwarciu drzwi policjanci zobaczyli scenę, która na długo zostaje w pamięci. W ciasnym, zaniedbanym mieszkaniu znajdowało się dziewięć psów. Wychudzonych do granic możliwości. Z widocznymi ranami po pogryzieniach. Przerażonych.
Ich ciała były dowodem długotrwałego cierpienia – wystające żebra, zapadnięte boki, matowa sierść. Niektóre miały otwarte rany, inne ślady po starych, niezagojonych urazach. Brakowało jedzenia, brakowało wody, brakowało światła. Panował brud, wilgoć i odór rozkładu.
To nie było chwilowe zaniedbanie. To był długotrwały koszmar.
Psy, choć skrajnie wyczerpane, nie podbiegały po pomoc. Strach był silniejszy niż głód. Każdy ruch człowieka powodował napięcie. Każdy dźwięk – odruch obronny. To zwierzęta, które najwyraźniej nauczyły się, że obecność człowieka oznacza ból albo obojętność.
Policjanci zachowali spokój i ogromną ostrożność. Wiedzieli, że jeden nieprzemyślany gest może pogorszyć sytuację. Z własnych pieniędzy kupili jedzenie i wodę. To właśnie miski z karmą stały się pierwszym sygnałem, że tym razem nikt nie przyszedł skrzywdzić.
Gdy psy zaczęły jeść, napięcie powoli opadało. Głód, który towarzyszył im prawdopodobnie przez wiele dni – a może tygodni – na chwilę ustąpił. Dopiero wtedy możliwe było bezpieczne wyprowadzenie ich z mieszkania.
Każdy pies wynoszony był osobno. Każdy był osobną historią bólu. Niektóre ledwo stały na łapach. Inne drżały całym ciałem. Wszystkie – skrajnie wycieńczone.
Na miejsce wezwano schronisko dla zwierząt, które przejęło opiekę nad psami. Dziś są już bezpieczne. Odpoczywają w czystych boksach, mają zapewnioną opiekę weterynaryjną i – po raz pierwszy od dawna – regularne posiłki. Schronisko poinformowało w mediach społecznościowych, że zwierzęta dochodzą do siebie.
W mieszkaniu nie było właściciela psów. Policjanci z Komisariatu Wrocław–Rakowiec prowadzą czynności mające na celu ustalenie, kto odpowiada za ten dramat.
Zgodnie z obowiązującym prawem, znęcanie się nad zwierzętami zagrożone jest karą do 3 lat pozbawienia wolności, a w przypadku szczególnego okrucieństwa – nawet do 5 lat więzienia.
Te psy przeszły piekło. Głód, strach, ból, samotność. Zamknięte, zapomniane, traktowane jak przedmioty. Gdyby nie reakcja mieszkańców i szybka decyzja policjantów, ta historia mogłaby zakończyć się tragicznie.
Dziś to dziewięć istnień, które dostały drugą szansę. Dziewięć par oczu, w których strach powoli ustępuje nadziei. I dziewięć powodów, by głośno mówić: zwierzęta też czują, cierpią i mają prawo do życia bez bólu.
Ta interwencja pokazuje jedno – reagowanie ma znaczenie. Czasem jeden telefon ratuje życie.
Dziewięć istnień uratowanych z koszmaru. Przerażająca interwencja policji we Wrocławiu
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze opinie