Reklama

Oddała szpik, straciła pracę. Niecodzienne okoliczności zwolnienia przedszkolanki

21/09/2016 07:48

- Pani dyrektor powiedziała mi, że gdyby wszyscy pracownicy w przedszkolu chcieli zostać dawcami szpiku, to ona nie miałaby pracowników i zamknięto by placówkę - mówi Anna Lejk-Zalewska, która straciła wymarzoną posadę właśnie dlatego, że postanowiła uratować życie osobie chorej na białaczkę.

To mąż zachęcił panią Anną, żeby zgłosiła się do Fundacji DKMS. - Powiedział, że są ludzie chorzy, którzy potrzebują naszej pomocy. Że mamy w sobie lekarstwo i to piękna rzecz komuś pomóc - mówi Lejk-Zalewska. Na odzew pani Anna nie musiała czekać długo. Okazało się, że jest bliźniaczką genetyczną i została wytypowana do oddania komórek macierzystych.

- Pobieramy je z krwi obwodowej albo ze szpiku po to, by ratować ludzkie życie. Leczą nowotwory krwi oraz ponad sto innych chorób - tłumaczy Dorota Wójtowicz-Wielgopolan, rzeczniczka Fundacji DKMS, która rejestruje zainteresowanych ideą dawstwa szpiku.

Pani Anna poprosiła w Fundacji DKMS o zaświadczenie, że przez dwa dni nie będzie jej w pracy właśnie dlatego, że zostaje dawczynią szpiku. Tego samego dnia, którego zaniosła je do przedszkola, dowiedziała się, że... traci pracę. - Pani dyrektor powiedziała, że nie może sobie pozwolić, żeby jej pracownik został dawcą, bo to się dla niej wiąże z kosztami, bo musi wziąć zastępstwo. Byłam zażenowana - mówi kobieta. Jeszcze tego samego dnia wieczorem pani Anna rozmawiała ze swoją byłą szefową przez telefon. Dopytywała, czy nie żałuje swojej decyzji. - Usłyszałam, że gdyby wszyscy pracownicy w przedszkolu chcieli zostać dawcami, pani dyrektor nie miałaby pracowników i zamknięto by placówkę! - nie kryje oburzenia kobieta.

Reporterka UWAGI! usiłowała porozmawiać o tej sprawie z byłą pracodawczynią pani Anny, ale okazało się to niewykonalne: dyrektorka przedszkola najpierw zamknęła się w gabinecie na klucz, a potem postraszyła, że wezwie policję. Nie odpowiedziała na żadne pytanie.

Tymczasem pani Anna pojechała do warszawskiej kliniki na pobranie komórek krwi, aby przekazać je anonimowemu biorcy. - Jestem bardzo szczęśliwa, że tu jestem. To dla mnie wyjątkowa chwila - nie kryła emocji. - Na te komórki czeka chory człowiek, który jeżeli ich nie dostanie, to umrze - komentowała hematolożka, dr Iwona Wyleżoł. - To jest teraz moja misja w życiu - mówiła pani Anna, która już po oddaniu szpiku dowiedziała się, że pomogła uratować życie 65-letniej kobiecie z Belgii.

Za dwa lata - jeśli obie kobiety będą tego chciały - może dojść do ich spotkania.

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo 24wroclaw.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości